niedziela, 17 lipca 2016

003

Wpadli do mieszkania, zatrzasnęli za sobą drzwi i oboje osunęli się na ziemię, dysząc ciężko. Ze względu na policję, która za żadną cholerę nie chciała dać im spokoju, samochód zostawili kilka przecznic dalej, a do kamienicy dostać musieli się na piechotę.
- Damon – zaczęła blondynka podnosząc się lekko i obserwując dokładnie jego reakcję. Otworzył jedno oko i mruknął niewyraźnie pod nosem, kiedy ona bawiła się suwakiem jego skórzanej kurtki. – Czy nie mieliśmy czegoś dokończyć? – zapytała, starając się unikać jego spojrzenia tak długo, jak tylko było to możliwe.
Chłopak poruszył się gwałtownie i nim się zorientowała, o co właściwie chodziło, przerzucił dziewczynę tak, że siedziała okrakiem na jego udach.
- Już myślałem, że zapomniałaś – mruknął, zaraz po tym przyciskając swoje usta do ust Emmy. Uśmiechnęła się przez pocałunek, dając mu tym samym znacznie większe pole do popisu. Jego język natychmiast znalazł się na jej podniebieniu, sprawiając, że z gardła blondynki mimowolnie wyrywały się pojedyncze jęki.
Oderwali się od siebie na chwilę tylko po to, by przeciągnąć przez głowy swoje koszulki. Pisnęła, gdy Damon uniósł ją z ziemi. Bez cienia wahania skierował się do sypialni, po drodze zrzucając zarówno swoje, jak i jej buty, i równie pewnie ułożył dziewczynę na łóżku, zawisając nad nią i ponownie łącząc ze sobą ich wargi.
Podczas gdy jego dłonie sunęły niespiesznie po ciele Emmy, wywołując przy tym cholernie przyjemne ciarki, jej od razu skierowały się do rozporka jego jeansów. Szarpnęła za jego spodnie dokładnie w tym samym momencie, kiedy on odpiął jej stanik. Znów wstał, by wyciągnąć z kieszeni portfel, rzucić go na łóżko i na dobre pozbyć się spodni, a kiedy ponownie znalazł się przy niej, swoje pocałunki ulokował na jej dekolcie. Wplotła palce w jego włosy tak szybko, jak jego usta znalazły się na piersi niebieskookiej, a język zatoczył boleśnie powolne kółko na sutku.
- Spokojnie, skarbie – mruknął, podnosząc głowę. – Dopiero zaczynamy.
Słysząc jego słowa, swoją dłoń od razu skierowała w dół swojego ciała i zaczęła szarpać się z guzikiem, który za żadną cholerę nie chciał ustąpić, dopóki nie pomógł jej Salvatore. Ściągnął z niej jeansy wraz z bielizną i przez dobre kilka sekund stał w miejscu, wręcz pożerając ją wzrokiem, a kiedy wreszcie się napatrzył, pozbył się swoich bokserek.
I kiedy już miał wrócić z powrotem na łóżko, ona poderwała się z miejsca, w jednej chwili lądując przed nim na kolanach. Szczerze, nie miała pojęcia, co robić i zapewne zdradzały ją obfite rumieńce na policzkach, jednak zdziwienie na jego twarzy było bezcenne.
- Emma, ty chyba nie... - zaczął, jednak przerwał w połowie, kiedy z dumnym uśmiechem na twarzy, wzięła go do ust. Przejechała językiem po całej jego długości i nie mogła na niego nie spojrzeć, gdy usłyszała niski jęk. Pochylił głowę, sprawiając, że włosy opadły wokół niej i zmrużył oczy, na tyle, by nadal móc na nią patrzeć. Uniosła brwi, zerkając na niego z dołu i zasysając policzki. Chłopak zacisnął palce na blond włosach dziewczyny i przez chwilę była pewna, że zaraz pchnie biodrami, wywołując u niej ten nieszczęsny odruch wymiotny, jednak zupełnie na przekór jej myślom, on odciągnął blondynkę od siebie i uniósł jej głowę tak, bym patrzyła wprost na jego twarz.
- Może kiedyś to skończysz, może – powiedział przedłużając ostatnie słowo oraz chwytając Emmę za ramię i podnosząc ją w górę. Odgarnął jej włosy i nachylił się lekko, składając pocałunek na szyi niebieskookiej piękności. Oplotła jego szyję ramionami, gdy zaczął delikatnie przygryzać jej skórę. Nie mogła powstrzymać kolejnych jęków i tak na dobrą sprawę, wcale tego nie chciała, czując, że przez nie starał się coraz bardziej.
Powietrze robiło się coraz gęstsze, do tego stopnia, że przez chwilę nie mogła złapać oddechu. Brunet po raz kolejny ją podniósł, oplótł jej nogi wokół swojego pasa, po czym cofnął się o kilka kroków i usiadł na łóżku z Emmą na kolanach. Sięgnął po portfel, pozostawiony na pościeli, wyciągnął z niego niewielką paczuszkę, rzucił go gdzieś na bok, po czym rozerwał folię i jednym ruchem naciągnął gumkę na swoje przyrodzenie.
Uniósł lekko biodra dziewczyny i po chwili wypełnił ją całą. Jej jęk po raz kolejny przeciął powietrze, kiedy przyjemny dreszcz po raz kolejny rozszedł się po ciele blondynki. Oparła głowę o jego ramię, zasłaniając się włosami i dysząc ciężko, desperacko starając się złapać powietrze.
- Wcale nie jesteś taka ciasna – mruknął, zaciskając palce na jej pośladkach i po raz kolejny poruszając biodrami panny Haar. Nie chcąc jednak przerzucać na niego całej roboty, już po chwili dziewczyna przejęła większość inicjatywy, co chwilę unosząc się lekko lub zataczając miednicą koła.
- Jezu, skończmy z zabawą – warknął chłopak, wyszedł z niej i nim się zorientowała, leżała pod nim. Ukląkł przede nią, rozplątał nogi blondynki ze swojego pasa, ułożył luźno po obu stronach swojego ciała, po czym wbił się w dziewczynę jednym, płynnym ruchem. Zgięła kolana, starając się złączyć nogi, jednak jedyne, co w ten sposób osiągnęła, to jego niezbyt przychylne spojrzenie.
Przyspieszył tempo, nachylając się nad Emmą i prowadząc swoje pocałunki od jej obojczyków do piersi. Splótł ich dłonie razem, kiedy ona jęczała jego imię, nie do końca świadoma całej sytuacji. Krew buzowała w jej żyłach, a puls skakał z każdym pchnięciem. Wiła się, nie mogąc wytrzymać ani chwili w jednej pozycji.
Na chwilę zwolnił ruchy by raz jeszcze przyspieszyć, wyrywając z jej ust kolejne jęki wymieszane z przekleństwami. Powoli zaczynało jej się kręcić w głowie, przyjemność była nie do opisania i nie mogła nawet określić, co właściwie wtedy się ze nią działo. Szumiało jej w uszach do tego stopnia, że nie była w stanie powiedzieć, co przez tą chwilę działo się wokół niej. Ba! Nie wiedziała nawet, co działo się z nią, bo skupiła się tylko i wyłącznie na euforii, którą wywołał w jej ciele chłopak.
Wystarczyło jeszcze kilka pchnięć, by doszła w tym samym czasie, w którym on spuścił się do prezerwatywy. Natychmiast spowolnił swoje ruchy, by po chwili przewrócić ich na bok i opaść obok niej, przytrzymując ją przy swoim nagim ciele. Dyszeli tak samo, jak po przebiegnięciu tych kilku dzielnic. Starając się unormować ich niespokojne oddechy żadne z nich się nie odzywało, najwyraźniej nadal nie mogąc dojść do siebie. Zresztą, nic dziwnego.
Poczuła, jak chłopak złożył pocałunek na jej blond włosach, po czym wysunął się z niej, pozostawiając dziewczynę z tą nieprzyjemną pustką w środku. Burknęła coś pod nosem, wyraźnie niezadowolona, po czym odwróciłam się, by zobaczyć, jak podchodzi do kosza, wyrzuca zużytą gumkę i zgarniając po drodze telefon, pozostawiony gdzieś na podłodze, wraca do łóżka.
Uśmiechnęła się lekko, gdy ponownie przyciągnął ją do siebie i okrył ich kołdrą, która jakimś cudem znalazła się na ziemi.
- Podobało ci się? – spytał Damon, ściskając jej talię jeszcze mocniej. O ile to w ogóle możliwe. Uniosła głowę, by spojrzeć na niego i po raz kolejny połączyć razem ich usta.
- Oczywiście, że tak. Co za głupie pytanie – zaśmiała się, gdy w końcu się od siebie oderwali. Położyła głowę na poduszce, zamykając oczy, mimo że wcale nie chciała spać. Owszem, była zmęczona, jednak naprawdę pragnęła zatrzymać tą chwilę najdłużej, jak tylko się dało.
- To dobrze… – zaczął chłopak, muskając wargami skroń Emmy. – Bo będzie to ostatnia rzecz jaką doświadczysz w swoim marnym życiu. – dodał po czym wbił się kłami w jej szyję rozkoszując się smakiem krwi. Dziewczyna jeszcze chwilę się broniła, ale nie miała wystarczająco dużo siły. Leżała bezwładnie na łóżku po chwili tracąc przytomność.

Klaus uśmiechnięty od ucha do ucha siedział już na kanapie w domu Carterów. Naprzeciwko niego siedzieli jego kuzyni. Matthew zawsze gościł go najmilej ze wszystkich, natomiast Kevin patrzył na niego nieco podejrzliwie. Owszem lubił go, ale starszego Cartera nurtowało pytanie: Co podkusiło go do przyjazdu tutaj? Nigdy nie lubił Mystic Falls. Coś musiało być na rzeczy. Klaus jednak starał się tym nie przejmować. Słysząc czyjeś kroki chłopacy odwrócili się i spojrzeli w tamtą stronę. Stała tam Rose jak zawsze uśmiechnięta na widok Mikaelson’a. Nikalus wstał z kanapy i rozłożył ramiona w które natychmiast wpadła szatynka.
- Chcesz coś do picia? – zapytała dziewczyna kiedy już się od siebie odsunęli. Kiedy zamierzał odpowiedzieć na pytanie, przerwały mu kolejne kroki. Zerknął na schody i stały tam jeszcze dwie dziewczyny. Jedna była blondynką, a druga sobowtórem Katherine, którego od dawna szukał. Był zdziwiony i to bardzo. Nie sądził, że spotka ją już dzisiaj. Przyjrzał się jej uważnie. Spokojnie mógł stwierdzić, że są prawie identyczne. Jedynie co je różniło to styl i włosy. Katherine ma loki, a ta dziewczyna miała proste włosy.
- Mam ochotę na Burbon – odpowiedział po chwili milczenie z niespodziewaną chrypą w głosie. Rose od razu skierowała się w stronę kuchni. Mikaelson natomiast podszedł do dwóch dziewczyn stojących na ostatnim schodku. Najpierw wyciągnął rękę do wysokiej blondynki o niebiesko-zielonych oczach i sięgających jej do ramion kręconych blond włosach.
- Klaus – powiedział to z delikatnym uśmiechem na twarzy cały czas patrząc jej w oczy. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i uścisnęła jego dłoń.
- Caroline – mówiła tak cicho, że gdyby nie wampirzy słuch, Klaus w ogóle by jej nie usłyszał. Kto by pomyślał, że tak wygadana dziewczyna jak Caroline pewnego dnia może zapomnieć języka. Chcąc nie chcąc podszedł do szatynki, czyli jego celu. Przedstawił się, ale już nie tak miło. Jego głos był nieco szorstki, ale dziewczyna wcale nie zwróciła na to uwagi.
- Elena – powiedziała to pewniejszym głosem niż Caroline. Wiedziałem, że zaczyna się na literę „E”, pomyślał Klaus i dumny wrócił na kanapę na którą również usiadły pozostałe dwie dziewczyny. W salonie panowała gęsta atmosfera, którą natychmiast przegnała Rose. Wparowała do pomieszczenia robiąc trochę hałasu, bo kim by była gdyby czegoś nie potłukła. W tym wypadku była to lampa, która przy okazji zahaczyła o ramkę ze zdjęciem. Panna Carter nie zważając na stratę podeszła do stołu i postawiła Burbon oraz szklanki, a następnie każdemu polała. Każdy się trochę napił i zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym. Natomiast poziom alkoholu we krwi zwiększał się coraz bardziej, bo jak wiadomo na jednej butelce trunku się nie skończyło.

Niebieskooki brunet po udanym wyścigu, seksie i przekąsce zadowolony z siebie postanowił wrócić do Mystic Falls. W Nowym Orleanie na pewno już go szukają. Emma Haar – piękna blondynka o niebieskich oczach i seksowna jak diabli. Może gdyby nie była łowczynią to dłużej by się nią zabawił. Choć musi przyznać, że nigdy nie słyszał o łowcy, który dał się omamić swojej zwierzynie. Nagle ni stąd ni zowąd przed jego oczami pojawiła leżąca postać. Nie zdążyłby już zahamować więc skręcił w lewo przy okazji zderzając się z drzewem. Wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiczkami.
- Kurwa! – zaklął pod nosem widząc wgniecioną maskę swojego nowego Mustanga Shelby. 
Nie mogłem skręcić w prawo? Tam przynajmniej nie było drzewa, pomyślał i pewnym krokiem podszedł do chłopaka leżącego na drodze. Przyjrzał mu się i już wiedział, że był to Stefan – jego młodszy i głupszy brat. Został przebity kawałkiem drewna i miał skręcony kark. Nieźle…
Mimo, że Damon nie był teraz w najlepszych stosunkach ze Stefanem postanowił mu pomóc. W końcu rodzina. Podniósł młodszego Salvatore i położył go na tylne siedzenia swojego uszkodzonego samochodu. Następnie usiadł na miejsce kierowcy i powoli włączał wsteczny, by po chwili wjechać znów na drogę wiodącą do Mystic Falls. Jak już dojadą na miejsce to pierwsze co zrobi to zamknie brata w piwnicy, a dokładniej w pomieszczeniu z werbeną. Jednak cały czas nasuwa mu się pytanie: Kto to zrobił?


Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale za nic nie chciało mi się pisać rozdziału. Myślałam, że jak nadejdą wakacje to wena przyjdzie i będę dużo pisała, ale tak nie jest. Mam ogromnego lenia. Mimo wszystko w końcu coś wyskrobałam, ale nawet nie miałam ochoty sprawdzać. Wgl sorry za tę scenę +18, ale tak jakoś wyszło. Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem. Nadal nie wierzę, że ktoś czyta te wypociny. Pozdrawiam was i życzę udanych wakacji! (późno, ale przynajmniej napisałam xD)

sobota, 11 czerwca 2016

002

Gdzieś około godziny pierwszej w nocy Stefan Salvatore zaczął wykopywać dół by schować w nim ciała martwych dziewczyn. Myślał o dzisiejszym spotkaniu z "Eleną", czyli nową przykrywką Katherine. Wcześniej już się trochę zastanawiał jak się na niej zemścić, ale doszedł do wniosku, że najlepiej będzie ją zabić. Do wieczora zdąży się o niej dowiedzieć paru rzeczy co ułatwi mu rozpoznanie Petrovej. Najgorsze jest to, że będzie musiał siedzieć cały dzień w krzakach by obserwować jej okno, albo chodzić za nią krok w krok jeśli będzie gdzieś wychodzić. No, ale cóż... trzeba się poświęcić. Gdy wykopał już wystarczająco duży dół to wrzucił tam ciała zabitych dziewczyn. Stefan nie miał nawet najmniejszych wyrzutów sumienia. Zabijanie ludzi, a zwłaszcza kobiet sprawiało mu przyjemność. Nigdy nic sobie z tego nie robił. Zanim je jednak zakopał najpierw na nie splunął. Co u niego oznaczało, że dziewczyny nie zaspokoiły jego potrzeb.

Trzy przyjaciółki siedziały w domu rodziny Carter. Cały czas gadały, śmiały się i opowiadały różne historie. Dziewczynom nie chciało się ani trochę spać. Rose po prostu nie miała takiej potrzeby, natomiast Caroline i Elena były zafascynowane jej kuzynem. Już dawno miały go poznać, ale nigdy nie było okazji. Znały go tylko z opowieści panny Carter. Gdy im powiedziała, że jest pierwotną hybrydą ich zainteresowanie nim jeszcze bardziej wzrosło. Elena uwielbiała poznawać nowe gatunki. Jeszcze nigdy w życiu nie spotkała hybrydy. Nagle dziewczyny usłyszały dzwonek do drzwi. Rose od razu zeszła na dół, ale zobaczyła, że jej starszy brat Kevin ją w tym uprzedził. Otworzył drzwi, a w nich ukazał się Elijah Mikaelson. Jest on przyrodnim bratem Klausa. Mimo tego, że są rodziną to Elijah i Kevin nigdy za sobą nie przepadali.
- Co tu robisz? - spytał niezbyt uprzejmie najstarszy z rodzeństwa Carter. Kiedy Mikaelson chciał wejść, Kevin zablokował mu drogę.
- Nie wpuścisz mnie? - zapytał poprawiając jednocześnie rękawy swojej marynarki. Jak zawsze. Elijah był znany z tego, że cały czas ubierał się elegancko. Nie ważne czy idą wyrównać z kimś rachunki czy na jakieś sztywne przyjęcie.
- Czego chcesz? - Kevin powtórzył pytanie. Dobrze wiedział, że jakby wkurzył starszego Mikaelson'a to nie miałby z nim nawet najmniejszych szans, dlatego starał się mówić spokojnie.
- Szukam Niklausa, wiem, że jest u was, więc... - przerwał mu Matt, który dopiero co podszedł do drzwi.
- Po pierwsze, jeszcze go nie ma - zaczął mówić szatyn przy okazji poprawiając włosy. - A po drugie, skąd wiesz, że do nas przyjeżdża?
- Mam swoje sposoby - powiedział i spojrzał na schody. Stała na nich Rose, której po chwili towarzyszyły dwie dziewczyny. Elijah przyglądał się pięknej szatynce o oliwkowej cerze. Po chwili z jego ust wydobyło się ciche słowo:
- Tatia - mimo tego, że powiedział jej imię bardzo cicho to jednak rodzeństwo Carter wszystko usłyszało.
- Będzie lepiej jeżeli już pójdziesz - tym razem powiedziała to Rose. Nie czekając dłużej, aż szanowny Mikaelson wyjdzie z ich posiadłości, wzięła dziewczyny za rękę i poszły na górę, Elijah chciał coś jeszcze powiedzieć, ale Matthew zamknął drzwi i razem z Kevinem usadowili się w salonie.

Niebieskooki blondyn jechał właśnie swoim czarnym Lamborghini w stronę Mystic Falls. Jeżeli to co mówił Matthew jest prawdą i mają sobowtóra Petrovej to w końcu uda mu się złamać klątwę, która ciążyła na nim od ponad tysiąca lat. Jakieś parę tygodni temu spotkał Katherine. Jak go zobaczyła od razu uciekła. Już miał ją gonić, ale zobaczył co interesującego. Z torebki Katherine wydobywało się biało-niebieskie światło. Wyciągnął to coś z jej torebki i uważnie przyjrzał. Może wreszcie szczęście się do niego uśmiechnęło. Właśnie znalazł jeden z dwóch elementów do zrzucenia klątwy. Był to kamień księżycowy. Do pełni szczęścia potrzebował sobowtóra Pierce. I parę dni później dzwoni jego kuzyn Matt i mówi, że znalazł drugi element. Jeszcze nigdy nie był taki szczęśliwy. Jeżeli wszystko pójdzie po jego myśli to już niedługo uwolni swoją wilczą naturę i będzie mógł zrobić wampirzo-wilkołaczą armię mieszańców. Jego telefon zaczął wibrować. Spojrzał na wyświetlacz. Dostał SMS'a do Matt'a.

Elijah jest w Mystic Falls.

Jego dobry humor zniknął. To niemożliwe. Nikomu nie mówił gdzie jedzie. Jeżeli jego brat wie o całym planie to będzie bardzo źle. Elijah będzie próbował mu wszystko utrudnić, a zwłaszcza porwanie tej Emily? Nie, ona miała chyba na imię Elaine... A zresztą nie ważne jakie ma imię. Klaus znów spojrzał na drogę i raptownie zahamował. Na drodze leżał jakiś facet. Wysiadł z samochodu i do niego podszedł. Nie wiedział co mu dolega. Wsiadł na chwilę do auta i włączył światła, bo nie widział jego twarzy. Z powrotem do niego podszedł i spojrzał na niego. No trzeba przyznać, zdziwił się. Nie sądził, że jeszcze kiedyś go zobaczy. A już na pewno nie w Mystic Falls.
- Witaj... mój stary przyjacielu - powiedział niebieskooki nieco zachrypniętym głosem. Chłopak otworzył zielone oczy i spojrzał na niego ze zdziwieniem i jednocześnie przerażeniem. Wstał i się otrzepał. No cóż, dzisiaj miał naprawdę wyjątkowego pecha. Dziewczyny go nie zaspokoiły i do tego ich krew była niedobra. To jeszcze na dodatek spotkał Klausa. Może być gorzej.
- Klaus... - młodszy Salvatore wziął głęboki wdech. Może i kiedyś się przyjaźnili... ale teraz już nie, więc Mikaelson nie będzie się ograniczał. Niklaus wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu i zniknął Stefanowi z pola widzenia. Po chwili chłopak poczuł okropny ból. Spojrzał w dół. Jego brzuch został przebity solidnym kawałkiem drewna. Nim zdążył się obrócić, poczuł jak ktoś skręca mu kark. Wylądował na ziemi. Klaus nie chciał go zabijać. Bardziej chciał go torturować, a dopiero później zabić. Jednak teraz ma ważniejsze sprawy do roboty. Wsiadł do samochodu i ruszył przed siebie zostawiając zakrwawionego Stefana na środku drogi. Po jakichś dziesięciu minutach minął granicę Mystic Falls.

Witajcie! Boże jak długo mnie nie było. Dałam sobie czas do 15.06, ale uznałam, że nie chcę już dłużej męczyć tego rozdziału. Wiem, że wyszedł bardzo, ale to bardzo króciutki, ale nie mogłam już nic z siebie wykrzesić. Szczerze to jestem niezadowolona z tego rozdziału, ale ta wersja najbardziej podobała mi się ze wszystkich napisanych. Dziękuję za komentarze pod ostatnim rozdziałem. A teraz chcę wam pokazać zwiastun, który wykonała dla mnie Dora z Double Nik. Jest on już również wstawiony w zakładce "O blogu".


wtorek, 3 maja 2016

001

Brązowowłosa dziewczyna o takim samym kolorze oczu i o oliwkowej cerze siedziała w kawiarni ze swoimi najlepszymi przyjaciółkami. Jedna z nich miała falowane blond włosy do ramion, zielono-niebieskie oczy i bladą cerę. Natomiast druga miała jasnobrązowe włosy sięgające jej do połowy pleców, błękitne oczy i oliwkową cerę. Cała trójka chodzi do Mystic Falls High School.
- Słyszałyście o tym wypadku? - zaniepokojona blondynka zapytała reszty dziewczyn. Jej mama pracuje w policji, więc Caroline ma stałe źródło informacji. Ostatnio zaczęła się bardziej tym interesować, ponieważ takie wypadki zdarzają się coraz częściej.
- Słyszałam... Lydia powiedziała mi, że Scott koszmarnie to przeżywa, natomiast rodzice są niewzruszeni - Rose odpowiedziała z wyczuwalnym smutkiem w głosie. W końcu one bardzo się lubiły. - Znajdę tego, który ją zabił. - dziewczyna dodała chłodnym tonem.
- Jak można nie przejmować się własnym dzieckiem... a zresztą to ich sprawa. Ja w każdym razie pomogę ci znaleźć sprawcę - powiedziała Elena z widoczną chęcią zemsty. Ona akurat znała Erice od kołyski. To ona uczyła ją jeździć na rowerze i pływać, bo ciocia nie miała czasu. Teraz ona chce pomścić Erice. Elena jest pewna, że zrobił to wampir. Rose też to wie, ale Caroline ma wątpliwości.
- Zmieńmy temat - zaproponowała panna Forbes. - Niedługo jest impreza Halloween'owa, za kogo się przebieramy? - zapytała podekscytowana. Caroline uwielbiała imprezy szkolne. Mogła się wtedy wyszumieć i odpocząć od szarej rzeczywistości. Choć trzeba przyznać, że ona jako jedna z niewielu patrzała na świat przez różowe okulary to jednak dołowało ją to wszystko. Zwłaszcza ostatnie tragiczne "wypadki".
- W tym roku chyba sobie daruje - odpowiedziała Elena poprawiając włosy. Caroline słysząc tą wypowiedź utworzyła szeroko usta. Była zdziwiona. Elena mimo tego, że jest dobrą uczennicą i nie nagina regulaminu to znana jest z tego, że jak Caro uwielbia się bawić. Tyle, że gustuje bardziej w zabawach Halloween'owych. Lubi się przebierać. Z roku na rok zaskakiwała coraz to nowszymi kostiumami.
- Musisz przyjść, nawet ja będę, a dobrze wiesz, że ja wolę zwykłe imprezy z dobrym alkoholem i mnóstwem przystojnych chłopaków bez głupkowatych kostiumów - swoje trzy grosze dodała Carter. Ona jest typem imprezowiczki, która nienawidzi się przebierać w kostiumy.  Tylko raz przyszła na imprezę z okazji Halloween przebrana za diabełka.
- A ty nie miałaś jechać do swojego kuzyna? - zapytała Elena mając nadzieje, że porzucą temat imprezy. Rose wzięła łyk kawy,
- Klaus powiedział, że tym razem to on do nas przyjedzie w odwiedziny - odpowiedziała pełna entuzjazmu Rose - W końcu go poznacie.
- Fajny? - spytała Caroline malując usta szminką. Jej tylko jedno w głowie.
- Zabrzmi to głupio, bo w końcu rodzina, ale Klaus jest przystojny i mega seksowny - gdy Carter to powiedziała to blondynka od razu się rozmarzyła.
- Kiedy przyjeżdża? - tym razem pytanie padło z ust szatynki. Elena już od jakiegoś czasu chce zapomnieć o Dean'ie, więc dobrze by było gdyby miała na kim zawiesić oko.
- Prawdopodobnie jutro - odpowiedziała jej panna Carter patrząc na kalendarz w telefonie. Caroline zaświeciły się oczy.
- Nocujemy u ciebie - powiedziała blondi przybijając piątkę z Gilbert i wyszczerzając się do Rose. Szatynka przez chwilę myślała, choć nie miała nad czym myśleć. Caroline powiedziała, że nocują i nie ważne czy powie tak czy nie, Caro i tak spędzi u niej noc.
- Jak sobie chcesz - mówiąc to dziewczyna spojrzała na zegarek. - Dziewczyny muszę już lecieć, ale spotkamy się wieczorem! - krzyknęła na pożegnanie stojąc już przy drzwiach wyjściowych. Ludzie się na nią spojrzeli, a ona szybko odwróciła głowę. Panna Gilbert cichutko zachichotała.
- Patrz jaki fajny kelner - blondi zagryzła dolną wargę, a szatynka się odwróciła. Nie był w jej typie.
- Ja też chyba już pójdę - zaczęła Gilbert - Spakuje najpotrzebniejsze rzeczy i oddam książkę Bonnie - dodała zakładając kurtkę. Caroline wyciągnęła lusterko i zaczęła się w nim przeglądać. Elena miała wrażenie, że przyjaciółka jej nie słuchała.
- Dobrze wyglądam? - blondi uniosła kącik ust do góry i puściła oczko w stronę kelnera.
- Jest okej - powiedziała brązowowłosa i odeszła od stolika. Kątem oka zobaczyła jak Forbes zagaduje tego bruneta. Wyszła z kawiarni i skierowała się w stronę domu.

Zielonooki szatyn szedł ulicami Mystic Falls w poszukiwaniu nowej zdobyczy. Chciał się zabawić i przy okazji najeść. Przeszedł właśnie koło baru Mystic Grill i znalazł seksowną czarnowłosą dziewczynę. Tak się na nią zapatrzył, że nie zauważył szatynki przed nim dopóki się nie zderzyli. Dziewczyna upadła, a chłopak tylko się na nią spojrzał.
- Patrz jak łazisz! - zielonooki podniósł trochę ton. Kiedy na nią spojrzał już wiedział kto to jest. Jego dawna i znienawidzona miłość Katherine Pierce. - Co ty tu robisz? - spytał przez zaciśnięte zęby. Dziewczyna tylko dziwnie się na niego spojrzała. Nie czekając dłużej, aż chłopak pomoże jej wstać sama się podniosła.
- Przepraszam, czy my się znamy? - zapytała lekko zdezorientowana szatynka. Spojrzała mu w oczy. Miał piękne zielone tęczówki, które były teraz przepełnione złością.
- Nie udawaj, że mnie nie znasz, Katherine - mówił coraz to groźniejszym tonem. Chłopak zacisnął wargi i pieści. Młodszy Salvatore nadal ma do niej żal. Porzuciła go już dawno, ale nadal jej szczerze nienawidzi.
- Chyba mnie z kimś pomyliłeś. Jestem Elena - powiedziała brązowooka siląc się na spokojny ton. Z grzeczności nawet wyciągnęła rękę. Chłopak ją zbył, więc Gilbert zabrała rękę. Nie będzie się płaszczyła przed jakimś palantem. Ma swoją godność.
- Stefan - powiedział już trochę spokojniej. Mimo wszystko Salvatore cały czas bacznie się na nią patrzył. Nie ufał jej. Stefan wie, że to Pierce, ale żeby to udowodnić musi spędzić z nią trochę czasu. W końcu ma okazję by się na niej zemścić. - Może spotkamy się dziś wieczorem w Mystic Grill'u?
- Yyy...Co? - Gilbert nie wiedziała co odpowiedzieć. Przed chwilą chłopak kipiał złością na sam jej widok, a teraz zaprasza na wieczór.
"Czy on uciekł z psychiatryka?" - pomyślała Elena. Musiała przyznać, że jest przystojny i ma to coś co przyciąga dziewczyny. Może powinna się zgodzić. W sumie nic się nie stało, pewnie miał zły dzień.
-Tak, bardzo chę... - Elena przypomniała sobie, że umówiła się z dziewczynami. - Bardzo chętnie, ale jutro, bo dziś jestem już umówiona. Chłopak spojrzał na nią trochę podejrzliwie.
- Dobra, niech będzie jutro - uśmiechnął się szarmancko i poszedł przed siebie. Szatynka odwróciła się by spojrzeć na niego jeszcze raz, lecz chłopaka już nie było.
"Hmm...dziwne." - pomyślała. Po chwili ruszyła przed siebie prosto do domu nie wiedząc, że obserwuje ją Stefan Salvatore. Chłopak, szedł za nią dopóki nie weszła do domu. Zapisał adres w telefonie i znów wyruszył na polowanie. W końcu nadal nie ma na dzisiaj kolacji. Znów zobaczył tą czarnowłosą dziewczynę. Podszedł do niej.
- Hej, piękna - oparł się o ścianę i uśmiechnął się, pokazując tym samym swoje białe zęby.
- Hej - widać było, że dziewczyna się zarumieniła - Jestem Lydia - wyciągnęła do niego rękę, którą pocałował.
- Masz ochotę spędzić ze mną trochę czasu? -zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Dziewczyna kiwnęła głową na "tak". Stefan uśmiechnął się jeszcze bardziej i poszli w kierunku jego samochodu, który zaparkował pod Mystic Falls High School. Dziewczyna całą drogę o czymś mówiła, ale nie za bardzo jej słuchał. Po dojściu na miejsce chłopak otworzył dziewczynie drzwi do samochodu na co ona się uśmiechnęła. Usiadł na miejscu kierowcy i wyjechał poza Mystic Falls. Samochód zatrzymał przed wejściem do lasu. Poszli w sam głąb lasu do drewnianej chatki. Stefan nie sądził, że pójdzie mu aż tak łatwo. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Jeszcze za wcześnie. To znaczy, że musi ją trochę zabawić... To akurat nie będzie trudne.
- Wejdziemy do środka? - zapytał, a dziewczyna od razu się zgodziła i złapała chłopaka za rękę. Ledwo weszli do środka, a ona pocałowała go namiętnie. Chłopak od razu to odwzajemnił. Położył swoje ręce na jej plecach, a dziewczyna jedną ręką głaskała go po policzku, natomiast drugą wplotła w jego włosy. W tej chwili ktoś otworzył drzwi od chatki. Weszły do niej dwie przemoczone dziewczyny. Stefan uśmiechnął się pod nosem.
"Im nas więcej tym lepiej" - pomyślał chłopak i zaprosił dziewczyny do środka. Lydia nie była zadowolona, ale teraz mało go to obchodziło. I tak długo nie pożyje.


Cześć! Chcę was ostrzec, że jak na razie pierwsze rozdziały będą trochę (bardzo!) nudne. Potrzebuje troszkę więcej czasu by rozkręcić akcję, więc mam nadzieję, że jesteście cierpliwi. Dziękuję za komentarze pod poprzednim postem.
Serdecznie pozdrawiam.
xoxo
PS. Proszę was o szczerą krytykę. Dopiero się uczę pisać, więc wasze zdanie bardzo się dla mnie liczy. No i jeszcze jak zauważycie gdzieś jakieś błędy to piszcie, bo możliwe, że coś przeoczyłam.

sobota, 23 kwietnia 2016

000

Chłodne, nocne powietrze przyjemnie owiewało jego twarz. Księżyc w pełni lekko oświetlał boczną ulicę, jednak mężczyzna wcale nie potrzebował jego światła - i bez niego widział wszystko idealnie. Szatyn, ukryty w gęstym lesie, czekał aż nadjedzie jakiś samochód.
"Chyba wybrałem złą drogę..." - pomyślał.
Czekał już ponad godzinę i nic nie zapowiadało, że ktokolwiek zamierza przejechać tą ulicą, w końcu było już późno i większość ludzi dawno spała.
Nagle około 300 metrów dalej usłyszał ryk odpalanego silnika.
"Wreszcie! Czas się zabawić…".
Oczywiście jego plan miał też wady. Kierowca zawsze może odjechać bez udzielania mu pomocy, albo nadjadą dwa samochody pod rząd, wtedy nie mógłby ryzykować, że ktoś go zauważy i przeżyje. Miał też nadzieję, że w pojeździe będzie tylko jedna osoba, wtedy łatwiej będzie upozorować wszystko na wypadek. Mężczyzna podniósł z ziemi kawałek rozbitego szkła i wbił sobie głęboko w dłoń.

Dwudziestoletnia Erica McCall wybiegła szybko z domu. Była już spóźniona, wiedziała, że jeśli wkrótce nie zjawi się na przyjęciu, jej rodzice ją zabiją!
Wsiadła do swojego czarnego Renault i czym prędzej odjechała. Wybrała drogę na skróty, wiodącą przez gęsty las. Nigdy nie lubiła tędy jeździć, za każdym razem gdy musiała przejechać między gęstwinami drzew, dostawała gęsiej skórki.
Włączyła cicho radio i zaczęła nucić pod nosem aktualnie grającą piosenkę. Zdenerwowana nie zauważyła człowieka idącego ulicą, przez co niemalże go potrąciła.
- O mój Boże! - krzyknęła i gwałtownie zahamowała, co sprawiło, że dookoła rozległ się głośny pisk opon. Mężczyzna utykał i zataczał się lekko, a z ręki kapała mu czerwona ciecz. Gdy samochód dziewczyny stanął, o mało go nie uderzając, oparł się o maskę pojazdu, po czym stracił równowagę i upadł. Przerażona spojrzała na drogę, tuż pod jej kołami nieruchomo leżał chłopak, cały ubrany na czarno. Nic dziwnego, że w pierwszej chwili go nie spostrzegła.
Zaczęła się zastanawiać, czy wysiąść z samochodu i podejść do nieprzytomnego. Był chorobliwie blady, a krew sącząca się z jego dłoni wcale nie poprawiała sytuacji, dziewczyna wiedziała, że potrzebował pomocy. Spóźnienie się nie miało dla niej tak wielkiego znaczenia w porównaniu z pozostawieniem kogoś potrzebującego na pastwę losu, dlatego westchnęła głośno aby się uspokoić i wysiadła z auta. Cisza panująca na zewnątrz przerażała ją.
- Hej... Hej, ty... - zaczęła cicho. - Żyjesz? - podeszła do niego na odległość około półtora metra i z nadzieją patrzyła na ciało, mężczyzna jednak ani drgnął. Podeszła dwa kroki bliżej, chcąc sprawdzić mu puls. Nim zdążyła go dotknąć, obcy otworzył szeroko oczy. Kobieta pisnęła, serce podskoczyło jej do gardła.
- Wszystko w porządku? – w świetle dostarczanym przez samochodowe lampy, dokładnie widać było zielone tęczówki chłopaka, który właśnie się w nią wpatrywał. Erice przeszedł zimny dreszcz.
- Nie do końca… - zaczął. – Jestem strasznie głodny – odpowiedział słabym głosem.
- O Boże, jak dobrze, że nic ci nie jest! – ucieszyła się. – Jeśli jesteś głodny, mogę podrzucić cię do miasta, kupię ci coś do jedzenia…
- Tak… Nie wydaje mi się, żeby to pomogło – odparł, podnosząc się do pozycji siedzącej. Wyciągnął szkło z krwawiącej ręki. Dziewczyna zaobserwowała, jak rana błyskawicznie mu się zagoiła.
- Jak… Przecież… To nie możliwe! – wystraszyła się i odeszła kilka kroków do tyłu.
- Spokojnie, zaraz wszystko ci wytłumaczę – szatyn błyskawicznie zjawił się przy pannie McCall.  – Jak masz na imię? – mówił już normalnym tonem, w jego głębokim głosie słychać było lekką chrypkę.
- Er… Erica - przełknęła głośno ślinę, drżąc ze strachu.
- Dobrze, Erico… - spojrzał jej prosto w oczy, kładąc ręce na ramionach kobiety. – Stój proszę spokojnie, nie próbuj uciekać, bo i tak ci się nie uda.
Źrenice bruneta zmniejszyły się nagle do minimalnych rozmiarów, a następnie zwiększyły do maksymalnych i wróciły do normalności. Nieznajomy odszedł trzy kroki do tyłu i przyjrzał się dokładnie blondynce.
- Jesteś bardzo ładna, wiesz? Szkoda, że to właśnie ty się tu zjawiłaś...
- Zrobisz mi krzywdę? - zapytała ze strachem.
- Powiedziałbym, że nie, ale... Zasługujesz na prawdę - serce dziewczyny zaczęło bić jeszcze mocniej, miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi. Chcąc kupić sobie trochę czasu, zapytała:
- A ty jak się nazywasz? – mężczyzna pokręcił głową.
- Nie zaprzątaj tym sobie teraz głowy kochana – posłał jej delikatny uśmiech. – Zaraz nie będziesz przejmować się niczym.
- Sam powiedziałeś, że zasługuję na prawdę – w niebieskich oczach kobiety pojawiły się pierwsze łzy. Zamierzała rzucić się w stronę auta i odjechać stąd jak najszybciej, jednak gdy chciała uciec, nie mogła się ruszyć. - Proszę... Wypuść mnie! – zaczęła błagać. – Nie chcę umierać!
- Ci... Spokojnie - położył jej dłoń na policzku, kciukiem ocierając cieknące łzy. - Chciałbym cię wypuścić, ale widzisz... Jestem naprawdę, naprawdę głodny. Odbyłem bardzo długą podróż i…
- Proszę... Błagam! – przerwała mu, wciąż usilnie starając się przekonać go, aby pozwolił jej odejść, choć sama nie bardzo wierzyła, że ją wypuści.
Szatyn westchnął. Ponownie spojrzał jej w oczy i pokręcił delikatnie głową.
- Okej... Idź. Uciekaj! - ostatnie słowo powiedział głośniej.
Dziewczyna z nadzieją pobiegła do samochodu, chwyciła za drzwi i spojrzała w miejsce, gdzie przed chwilą stała razem z tajemniczym chłopakiem, którego... Już tam nie było. Odwróciła głowę i natychmiast tego pożałowała. Tuż przed nią stał brązowowłosy z twarzą zupełnie nieprzypominającą ludzkiej. Białka jego oczu przybrały ciemnoczerwony, niemal czarny, kolor, a pod nimi rozciągały się ciemne, nierówne, przerażające linie. Z uchylonych w uśmiechu ust prezentowały się białe, ostre jak brzytwa kły. Ostatnią rzeczą jaką dziewczyna zobaczyła, była chęć mordu w spojrzeniu szatyna. Krzyknęła i poczuła jak jego zęby przebijają jej skórę na szyi. Kiedy mężczyzna poczuł na języku słodki smak krwi, wgryzł się jeszcze głębiej i zaczął pić. Nie spieszył się, choć wiedział, że sprawia to blondynce ogromny ból. Lubił to. Rozkoszował się każdą kropelką jej krwi...

Zadowolony spojrzał na swoje dzieło. Z pozoru wszystko wyglądało na zwykły wypadek. Dziewczyna jechała trochę za szybko, straciła panowanie nad pojazdem i wjechała w drzewo, które złamało się i spadło na dach samochodu. Zadbał nawet o rozbitą głowę, pozdzieraną skórę i kilka połamanych kości. Już widział te nagłówki w gazetach... "Tragiczny wypadek na drodze nr 6. Młoda dziewczyna nie żyje!".
Uśmiechnął się i odszedł w kierunku niewielkiego miasteczka. Widząc w oddali zabudowania, spojrzał na drewnianą tablicę:


"Witamy w Mystic Falls".